PARTNER SERWISU

WP - moto

Siamo arrivati! – Mille Miglia dociera do mety! {Parma – Brescia}

21.05.2017

Najsłynniejszy obok Monte Carlo Historique rajd w świecie samochodów zabytkowych zakończony. Ogromna większość pojazdów dotarła szczęśliwie na metę, w tym – polskie załogi. Perlage Team pomimo kłopotów technicznych Astona Martina DB2/4 finiszował w Brescii w dobrych humorach.

Piszę te słowa, siedząc już w samolocie. Próbuję zabrać do kupy wszystkie myśli, które chodzą mi w głowie, obijając się od ścianek czaszki. Ciężko jest je złapać, zmęczenie chowa je przede mną w zakamarkach umysłu, a pułapki, jakie na nie zastawiam, okazują się być dziecinnie łatwe do ominięcia. Wiem jedno. Mille Miglia wykańcza. Upał, zimny wiatr, ulewny deszcz i znowu upał. I te ciągłe emocje. To jakby do blendera wrzucić stres i zmiksować go z podnieceniem i radością (młodzi powiedzieliby potocznie „jaraniem się”). Nieustanne bombardowanie zmysłów bodźcami wizualnymi i dźwiękowym.

Co jeszcze? Gnanie na złamanie karku – dla zawodników po to, by utrzymać średnią, dla nas, śledzących rajd, by znaleźć się w kolejnym punkcie kontrolnym przed nimi i te zmagania uwiecznić. Uwierzcie mi na słowo, nie łatwo jest dogonić pędzące Ferrari. Nawet takie z lat 50. XX w. Dzięki bogu za okazjonalne eskorty policyjne...

Zastanawiam się, jak to wszystko podsumować. Może lepiej powiedzieć, czego nauczyła mnie Mille Miglia? Przede wszystkim, że w świecie ruchów miejskich, które najchętniej widziałyby nas wszystkich na rowerach i w autobusach (z czym się częściowo zgadzam, jako rowerzysta i człowiek wierzący w globalne ocieplenie), nadal istnieją setki, tysiące... miliony (?) ludzi, którzy kochają samochody. I to do tego te najlepsze, czyli klasyczne. Plujące olejem, przepalające mieszankę paliwowo-powietrzną w bardzo niewydajny sposób, ale brzmiące i wyglądające, jak nic innego na Ziemi.

Może powinniśmy się wszyscy przesiąść na rowery, w pociągi, tramwaje i metro właśnie po to, by ci nieliczni mogli nadal wyjeżdżać na drogi swoimi wspaniałymi maszynami i dawać nam te kilka razy do roku powody do radości? Bo przecież są jeszcze Goodwood, Le Mans Classic, Le Rallye des Grande Marques, rajd Pekin - Paryż i inne podobne imprezy, którymi możemy się cieszyć. Warto o nie zadbać, by nie zniknęły.

Ponadto wiem też, że samochody „lubią” czy „chcą”, żeby nimi jeździć. Nawet te warte od miliona euro wzwyż (a kilka aut wartych było dużo więcej). Nie stworzono ich do tego, by były meblami, które zastawiają nawet najbardziej wytworny garaż, a do tego, by pożerać odległości – nawet te największe. Startujący w Mille Miglia zawodnicy wiedzą o tym najlepiej. Masz klasyka? Poruszaj się nim. Przeżywaj przygody. Sprawdzaj siebie, swoją wytrzymałość, umiejętności, uwagę i rozwagę. Daj sobie szanse i dobrze się z nim poznaj. Jak powiedział nam na starcie Simon Kidston – jeden start w Mille Miglia i człowiek wie już o swoim pojeździe wszystko.

To jest właśnie to. Dlaczego samochody, szczególnie te starsze, są tak pociągające? Jako przedmioty „wadliwe”, niezależnie od tego, jakby się ich nie przygotowywało, swoimi niedoskonałościami przypominają najbardziej... nas samych. Trudno wyrobić sobie emocjonalny stosunek do pralki, kuchenki mikrofalowej czy do nawet najlepszego smartfona, jednak wystarczy popatrzeć, z jaką czułością przemawia do swojej starej wyścigówki Invicta zawodnik, który nie może jej odpalić, by zrozumieć, że te przedmioty posiadają ludzkie cechy. Szczególnie, jeśli nagle, dopieszczona werbalnie Invicta obudzi wszystkie swoje osiem cylindrów do życia.

Jeszcze jedno. Niesamowita atmosfera Mille Miglia polega na tym, że pomimo tego, że jest to rajd niesamowicie elitarny, to jest on otwarty na każdego widza, który zechce się nim zainteresować. Do samochodów i zawodników jest praktycznie nieograniczony dostęp. Wszyscy są bardzo mili i ochoczo odpowiadają na pytania. Chcesz wiedzieć, jak to jest być właścicielem niezwykłego Astona czy Alfy Romeo z aluminiowym nadwoziem Touring Superleggera? Nie ma sprawy, zapytaj właściciela.

Rajd przyciąga też wszystkie pokolenia. Na trasie wiwatują zarówno staruszkowie, jak i małe dzieci. W każdej mieścinie szpalery ludzi witają przejeżdżające ulicami załogi. Wśród zawodników rozpiętość wiekowa jest podobna. Obok siebie startuje dwóch przyjaciół znających się od 40 lat, matka z córką, dwoje dwudziestolatków czy dwie koleżanki. Czasem w tym samym, a czasem w różnym wieku. By jeszcze trochę w stawce namieszać, zapytałem wczoraj jedną z kobiet, która jechała sama Fiatem Abarth Zagato, czy nie wzięłaby mnie ze sobą. Niestety odmówiła.

Natomiast jadącego Mercedesem 300SL Adriana Sutila (pamiętacie go jeszcze z Saubera i Force India?) zapytałem, jak to jest, że młodzi nadal zakochują się w samochodach zabytkowych. Takich śmierdzących i niedoskonałych. On jako były kierowca Formuły 1 powinien być najbardziej zblazowanym człowiekiem na świecie, dotknąwszy Olimpu możliwości świata motoryzacji – w postaci współczesnych bolidów Grand Prix. Odpowiedział, że różnica jest taka, że w klasyku otrzymuje się szczere, wydestylowane i czyste doświadczenie prowadzania. W świecie, w którym tyle jest sztuczności i elektronicznych systemów wspomagających, taka świadomość, że coś robi się samemu, a nie przez „proxy” mózgu komputera pokładowego jest na wagę złota.

Perlage Team / D.Weka, K. Weka, fot. Błażej Żuławski

Muszę tu dodać, że ogromne gratulacje należą się polskim teamom. Tadeusz Kozioł, człowiek wiecznie uśmiechnięty, wrócił na trasę po kraksie sprzed roku przepięknie naprawionym Mercedesem 300SL, który przemalował z powrotem na jego oryginalny, kremowy kolor. W tym roku do mety dotarł bez przygód, obnosząc dumnie na zawieszonym wokół szyi identyfikatorze autograf, który dostał wczoraj od samego Roberta Kubicy.

Marian Stoch i Bartosz Balicki na mecie cieszyli się, że popełnili bardzo mało błędów. Jako duet działali jak dobrze naoliwiona maszyna. Zupełnie jak ich Aston Martin 15/98 Short Chassis, który ani razu nie sprawił im kłopotu. Panowie zapowiadają, że po udanym starcie w tej edycji, będą się teraz pojawiać na Mille Miglia co roku – co najmniej do jego 100. wydania.

W wyniku różnego rodzaju przygód – najpierw z niedziałającą supernowoczesną, elektroniczną Haldą, potem z urwanym wahaczem – Dorota i Krzysztof Weka musieli pogodzić się z wynikiem poniżej postawionych na starcie bardzo ambitnych oczekiwań. Jednak to nie znaczy, że rajd zaliczają do nieudanych. Wręcz przeciwnie. Traktują go jako cenne i wspaniałe doświadczenie. Szczególnie, że dopóki koleje losu nie wywiozły ich na manowce, udawało im się utrzymać fantastyczne tempo. Chyba to właśnie jest kluczowa sprawa. Choć rywalizacja jest zacięta, błędy mogą mieć poważne konsekwencje a zmęczenie jest prawdziwe, rajd ten pozwala przede wszystkim dobrze się bawić, zobaczyć piękne miejsca, poznać wspaniałych ludzi, a przede wszystkim samego siebie.

Teraz tylko muszę wymyśleć, jak to zrobić, by w przyszłym roku móc wziąć udział jako zawodnik.

Błażej Żuławski

Poleć tą relację znajomym