PARTNER SERWISU

WP - moto

Sześć mgnień Mille Miglia, czyli dzień trzeci wyścigu. {Roma – Monteriggioni – Montecantini Terme – Parma}

20.05.2017

Mille Miglia dobiega końca. Gdy to piszę, niedziela jest już za pasem. To oznacza metę. Większość z 500 załóg, które wystartowały z Brescii, już wita się z gąską, choć pewnie jeszcze wiele się zdarzyć może. Zanim jednak wrócimy... z powrotem do Brescii, pozwolę sobie na kilka uwag.

Po pierwsze - choć to rajd dżentelmenów i dam, nie brakuje tu prawdziwej, zaciętej rywalizacji i „akcji”, od której jeży się włos na głowie.

Weźmy choćby takie przejazdy przez zakorkowane miasta. Tak, odbywają się one w eskorcie policyjnej, ale Włosi nie bardzo się nią przejmują. Raz otwarte przez policjanta „drzwi”, właśnie wybite w gęstym ruchu, potrafią zamknąć się równie szybko, jak się otworzyły. Nie zważając na to, że właśnie pędzi tym jeszcze przez chwilę otwartym korytarzem jakaś Lancia czy bezcenne Ferrari.

Po drugie – zmęczenie daje się we znaki

Zawodnicy trzeciego dnia rzadziej się uśmiechają. Ulewne deszcze – w tym biblijna ulewa w Rzymie, która np. wykończyła elektrykę w Ferrari 500 Mondial z 1954 r., wiatr, słońce, zmiany temperatury – dają się we znaki. Zawodnicy nadal machają do tłumów, rozdają flagi dzieciom, odpowiadają na masę pytań dotyczących modeli, rodzajów nadwozia, silników. Czynią to jednak z mniejszym entuzjazmem. Za ich oczami czai się jedna myśl: dojechać. Jakim wyczynem musiał być wynik Stirlinga Mossa na tej trasie (10 godzin i 7 minut) w 1955 r... Coś takiego dzisiaj nikomu nie mieści się w głowie. I to pomimo tego, co napisałem na początku, że kierowcy raczej „nie pękają”, gdy trzeba wyprzedzić na ślepym zakręcie albo przejechać na „dojrzałym zielonym” świetle w jakimś miasteczku, tylko po to, by wyrobić się w zadanej średniej prędkości, zadanym czasie.

Po trzecie – Mille Miglia od kulis

Jasne, w rajdzie startują różne sławy. Dzisiaj wreszcie udało nam się namierzyć znanego z „Master Chefa USA”, Joe Bastianicha, a w Montecantini Terme wpaść na jadącego jednym z Gullwingów Adriana Sutlia (możecie go pamiętać jako kierowcę Saubera i Force India w F1). Jest Jochen Mass, nadal jedzie też Jodie Kidd, dziś podobno na chwilę pojawił się nawet Robert Kubica, który złożył autografy na identyfikatorach załogi Kozioł-Sikora.

Jednak prawdziwymi bohaterami Mille Miglia są teamy mechaników (dokonujących często niemożliwych napraw w środku pola lub przy drodze), teamy logistyczne, lekarze, marshalle pilnujący porządku (najczęściej ochotnicy). Wszyscy ci, którzy sprawiają, że rajd jest w stanie realnie posuwać się naprzód. Jest ich mnóstwo, są anonimowi (może oprócz kolejnego słynnego kierowcy F1 – Arturo Merzario, który z jakiegoś powodu w tym roku jedzie jako „techniczny” jednego z teamów), pracują nocami i tak samo jak zawodnicy, muszą pędzić na złamanie karku, by zdążyć na kolejny punkt kontrolny tak, by w razie czego udzielić pomocy.

Po czwarte – temat dnia: pogoda

Ledwo spadł deszcz, a na parkingu położonym na terenie toskańskiej winnicy, w której zawodnicy jedli dziś lunch, zaczęło być widać, jak dużo samochodów miało po drodze jakieś przygody. Rozbite lampy, wgniecenia, obtarcia. Ktoś opuścił tyłem drogę, bo zakręt okazał się być zbyt ostry, a asfalt był mokry. Ktoś komuś na dohamowaniu wjechał w tył. Ktoś poszedł „zbyt szeroko” i oparł się o murek. Dwa wgniecione Jaguary C-Type, jedno Maserati w połamanym przodem, jedno Ferrari. Uszkodzony Giaur, pozbawiony grilla Jaguar XK120, Alfa Romeo 6C 2500 Spider Colli z całkowicie rozbitym tyłem. Serce boli, gdy się na to wszystko patrzy, szczególnie gdy samochody są bezcenne.

Wnioski? Zawodnicy przejmują się tymi zdarzeniami dużo mniej niż widzowie. Póki silnik, skrzynia i hamulce działają, można kontynuować jazdę. Do tego nie ma takiej rzeczy, której nie można by było naprawić za pomocą power-tape'a. Choć w przypadku urwanego wahacza w Astonie DB 2/4 Team Perlage nie obyło się bez szybkiego spawania. Na szczęście Dorota i Krzysztof Weka po tej prowizorycznej naprawie kontynuują jazdę.

Po piąte – modyfikacje strojów i kłopoty z wodą w różnych stanach skupienia

Mille Miglia to wydarzenie stylowe. Uczestnicy noszą stylowe dodatki – piękne zegarki i inne akcesoria, często nawiązujące do minionej epoki. Na starcie są nad wyraz eleganccy, niektórzy z cygarkiem w ustach, wystylizowani tak, by pasować do otoczenia i atmosfery.

Team Pascolini/Bastianich, fot. Błażej Żuławski

Dziś po czterech ulewach i ponad 1000 kilometrach za pasem jest im dużo bardziej wszystko jedno. W otwartych samochodach poszły w ruch wszelakie zabezpieczenia przed deszczem. Kurtki, sztormiaki, a nawet specjalne kombinezony z tworzyw sztucznych. Nieprzygotowani sami montują sobie takie „wdzianka”, ale wykonują je z plastikowych torebek (połączonych power-tapem). Jednak pomimo deszczu i zimna, które szczególnie dawało się we znaki przy przejeździe przez góry pomiędzy Montecantini a Parmą, wszyscy, których pytałem o stroje, wydawali się być zadowoleni i rozbawieni. Zawijali się szczelniej w swoje okrycia, nacierali szyby środkami hydrofobowymi i niepozwalającymi na osadzanie się pary (w starych samochodach nie możemy mówić o skutecznej wentylacji czy działających wycieraczkach w dzisiejszym rozumieniu tych pojęć). Szczególnie ci, którzy startowali w Mille Miglia któryś raz, podkreślali, że takie warunki nie stanowią dla nich kłopotu. W zeszłym roku lało znacznie dłużej.

Po szóste – sen jest najcenniejszym sojusznikiem. Dlatego żegnam się z wami i idę spać. Jutro ostatni etap prowadzący z powrotem do Brescii, a także do wiecznej glorii i chwały.

Błażej Żuławski

Poleć tą relację znajomym