PARTNER SERWISU

WP - moto

W maju, Włochy pachną jaśminem i benzyną, czyli... Mille Miglia dzień drugi. {Padwa – Ferrara – San Marino – Urbino – Gubbio – Terni – Roma}

19.05.2017

Gdy zmęczeni klimatyzacją otwieramy w naszym samochodzie okno, do środka natychmiast sączy się słodki zapach krzewów jaśminu. Dla mnie to zapach Półwyspu Apenińskiego wiosną i londyńskiego Chelsea latem. Zapach odbywającego się nad jeziorem Como konkursu elegancji Villa d’Este i od teraz także Mille Miglia.

Oczywiście stan ten trwa do czasu aż nie wyprzedzi nas ciągnący za policyjnym motocyklem samochód któregoś z uczestników rajdu. Wtedy jaśmin znika i pojawia się przenikający ubrania i włosy, osadzający się na skórze zapach spalin, nieodzownie kojarzący się, przynajmniej mi, z zabytkowymi samochodami. Jeśli chcecie sobie wyobrazić kolejny aspekt startu w tym rajdzie to właśnie tak wszystko tutaj pachnie. Najpierw słodko – kwiatami, a potem ostro – przepaloną benzyną. Uczestnicy z pewnością czują już tylko ten drugi zapach.

Tak sobie przynajmniej myślałem w końcówce dnia, gdy na głównym placu Terni, w cieniu rzucanym przez Terni Duomo (katedrę w Terni) patrzyłem na kolejkę przedwojennych bolidów marek takich jak Invicta, Amilcar, Bugatti i Bentley. Obserwowałem zmęczone, osmalone spalinami twarze kierowców i pilotów, styrane, ale zadowolone - czyste tylko wokół oczu, tam gdzie osłaniają je ochronne gogle. Jesteśmy dokładnie w połowie wyścigu. No może tuż przed finałem jego pierwszej połowy.

Zanim jednak przeniesiemy się na wiecznie zakorkowane ulice wiecznego miasta, będącego metą dzisiejszego odcinka, zacznijmy od tego, że obserwator Mille Miglia - taki, na przykład jak nasza dwuosobowa ekipa dziennikarsko-operatorska, też ma podczas tego wyścigu (pomimo że właściwie z nikim się nie ściga i może omijać poszczególne punkty kontrolne – a nawet musi, by nie przeszkadzać zawodnikom) do wykonania swoisty maraton. Przejeżdża w końcu tyle samo kilometrów, co uczestnicy. I choć daleko wysiłkowi, jaki podejmowany jest przez nas A.D. 2017 do tego, jaki musiał być udziałem Stirlinga Mossa, który całą trasę Mille Miglia jeszcze przed przerwaniem wyścigu przejechał w niewiele ponad 10 godzin, to wykonanie wszystkich zadań zarówno przez zawodników (różne rodzaje prób sportowych), jak i ekipy ich wspierające (mechaników, logistyków, media) męczy. A w związku ze zmęczeniem my spóźniliśmy się tego dnia na start.

Gdy dotarliśmy rano do rynku w Padwie, był on już całkowicie pusty. Wszystko przez to, że zanim wyrobiliśmy się z pisaniem tekstów, obróbką zdjęć i montażem filmów, które przygotowujemy dla was, byście mogli czuć się tak, jakbyście podróżowali wraz z nami, okazało się, że już jest poranek następnego dnia (6 rano). Po dwóch godzinach snu, który jednak postanowiliśmy planowo wykonać, szybkim śniadaniu i dojeździe przez zakorkowane miasto przekonaliśmy się, że nie mamy już w Padwie czego szukać.

Szybko podjęta decyzja i pozwoliła nam ominąć PKC w Ferrarze. Zawodników postanowiliśmy dogonić od razu w mierzącym niewiele ponad 60 km2, położonym na szczycie szpiczastego wzgórza, przepięknym San Marino. Udało się. Do miasta dotarliśmy jeszcze przed pierwszym samochodem. Mogliśmy z powodzeniem obserwować wjazd na metę tego odcinka wszystkich teamów. Oprócz tych z Polski (Perlage Team w dwóch Astonach, oraz Pan Tadeusz Kozioł z Panią Moniką Sikorą), z przyjemnością odnaleźliśmy na mecie modelkę Jodie Kidd, osobowość świata kulinariów – Joe Bastianicha oraz byłego mistrza Formuły 1 Jochena Massa. Wszystkim dopisywały humory, choć w Astonie DB 2/4 zepsuła się najnowszej generacji, elektroniczna "Halda" – czyli urządzenie służące do precyzyjnego pomiaru odległości i wyliczania średniej prędkości na odcinku. Wieczorem do Rzymu miała dolecieć stara, mechaniczna Halda wymontowana z Astona DB2, którym Team Perlage startował w Mille Miglia w 2016 roku.

Pomimo że ambicje załogi nowszego z Astonów były bardzo wysokie, ta usterka poważnie utrudniła szanse na zajęcie jakkolwiek pożądanej pozycji w klasyfikacji rajdu. Dużo lepiej, bo bez większych przygód z usterkami, radzą sobie Marian Stoch i Bartosz Balicki. Chociaż trzeba przyznać, że nic w tym dziwnego. Pomimo że ich Aston Martin 15/98 jest sporo starszy to panowie są weterenami tego typu imprez (w jednym z podobnych rajdów pan Marian uczestniczył aż w Japonii). Do tego 15/98 to sprawdzony samochód, o którym wiedzą wszystko. Natomiast, jak zdradził nam szef ekipy mechaników Perlage Team – Rafał Płatek, sam będący kierowcą wyścigowym, ścigającym się na Alfa Romeo – zielony DB 2/4 był jeszcze w częściach na parę dni przed wyjazdem w kierunku Włoch. Dzień przed montowano w nim jeszcze tzw. "szperę", czyli dyferencjał o zwiększonym tarciu.

Podobno było warto, bo kierowca tego samochodu twierdzi, że bez niej nie miałby żadnych szans na licznych, wąskich nawrotach, które w górach występują nader często, oraz rondach. Przy lunchu dyskutowano na temat ustawienia zawieszenia, skrócenia mu skoku, tak by samochód zachowywał się jeszcze lepiej i, jak to się mówi w żargonie, "szedł za ręką". Poza tym okazuje się, że DB/4 Team Perlage jest w stanie dotrzymać kroku nawet słynnym Mercedesom 300SL Gulwing.

fot. Błażej Żuławski

Z San Marino kolorowa kawalkada ruszyła w stronę Gubbio, znanego z przypowieści o Świętym Franciszku, po drodze zahaczając o majestatyczne, górujące nad otaczającymi je dolinami Urbino – miejsce urodzenia Rafaela Santi, słynnego renesansowego malarza i architekta. Widok przeciskających się wąskimi uliczkami ogromnych Bugatti (bez wspomagania kierownicy) i Cadillaców (już ze wspomaganiem), a także małych Ferrari i Maserati, których dźwięk ośmiocylindrowych jednostek o stosunkowo małych pojemnościach odbijał się od ścian tych średniowiecznych miast, jest czymś, czego nigdy nie zapomnę. O Terni, przedostatnim punkcie kontroli czasu pisałem powyżej.

Rzym, który miał być zwieńczeniem tego wycieńczającego dnia spłatał jednak wszystkim paskudnego figla. Pierwsze załogi, owszem zameldowały się jeszcze normalnie na mecie na Via Veneto, gdzie postawiono trybunę, na której wszystkie samochody miały być prezentowane zgromadzonej na miejscu publice. Niestety, niespełna godzinę od pojawienia się na mecie pierwszych wozów niebo zaczęło rozbłyskać piorunami, niebiosa otworzyły się, a ulicami zaczęły płynąć rzeki, jakich najstarsi rzymianie nie pamiętają.

Widok niektórych samochodów, tych otwartych, wywodzących się prosto z międzywojennego i tuż powojennego sportu samochodowego, z przemokniętymi do suchej nitki istotami ludzkimi, zajmującymi wypełnione wodą kabiny przyprawiał o ból serca. Ale może przynajmniej rzymski deszcz zmył ze wszystkiego ten ostry zapach paliwa, oleju i innych smarów?

Przekonamy się o tym rano. Trzeci dzień Mille Miglia przed nami.

Błażej Żuławski

 

Poleć tą relację znajomym