PARTNER SERWISU

WP - moto

Najpiękniejszy wyścig świata – Mille Miglia – relacja z etapu Brescia, Padwa, Werona

18.05.2017

90. rajd samochodów historycznych Mille Miglia – Prolog – Cisza przed burzą

Nawet wiedza nabyta za pomocą lektur – magazynów i książek, nie jest w stanie przygotować człowiek na to, co zastanie go podczas Mille Miglia. A to dopiero początek...

Kiedy koła naszego samolotu dotykały lądowiska w Bergamo, gdy wypożyczaliśmy w chwilę później naszego wiernego Fiata Grande Punto i w lekko skwaszonych humorach (spowodowanych niewyspaniem) skierowaliśmy jego maskę w stronę Bresci, w najmniejszym stopniu nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co czeka nas na miejscu.

Fiera di Brescia to ogromna hala targowa położona na obrzeżach miasta. W środku zgrupowanych zostało 500 załóg startujących w tegorocznym Mille Miglia. 500! Samochody przedwojenne i powojenne. Alfa Romeo, Bugatti, Lancia, Osca, Cisitalia, Giaur, Talbot Lago, Delage, Bentley, Fiat (przepiękne Otto Vu z przeróżnymi nadwoziami słynnych carrosiers), Mercedesy (chyba 20 modeli 300 SL Gullwing, w tym 300SLR Stirlinga Mossa z Carrera Panamericana), BMW, Stanguellini oraz Aston Martin. Ta ostatnia marka szczególnie ważna, bo właśnie samochodami brytyjskiego producenta z Newport Pagnell startuje czteroosobowa polska załoga – Perlage Team w składzie Krzysztof i Dorota Weka (w Astonie Martinie DB2/4) i Marian Stoch i Bartosz Balicki w trochę bardziej wiekowym 15/98 Short Chassis z 1937 roku.

W hali oprócz samochodów historycznych, gratka dla wielbicieli współczesnych supersamochodów. Rzędy najnowszych (i względnie nowych, bo z lat 80. i 90. XX w.) samochodów Ferrari i Mercedes. Biorą one udział w imprezie towarzyszącej Mille Miglia – swoistych hołdach dla zwycięzców sprzed lat. Niesamowite, że na przestrzeni kilkuset metrów kwadratowych stoi obok siebie Bugatti Type 35A (czwarte, jakie kiedykolwiek wyprodukowano), Alfa Romeo 1900SS Zagato, Ferrari F40 (i F50!), Triumph TR3 i co najmniej pięć BMW 328 (w tym dwa aluminiowe w wersji Mille Miglia, zbudowane do wygrywania w tym wyścigu). W jednym z nich jako pilot zasiada słynna modelka i prezenterka telewizyjna z Wielkiej Brytanii – Jodie Kidd.

Sław tu zresztą sporo. Jest Joe Bastianich – słynny juror amerykańskiego Master Chefa, restaurator i muzyk, który w tegorocznej imprezie staruje samochodem Healey 2400 Silverstone z 1950 roku. Jest też legendarny kierowca wyścigowy Jochen Mass, zasiadający za sterami jednego z Gullwingów. Reszta to po prostu pasjonaci, niezależnie od tego czym jadą, samochodem drogim czy też stosunkowo tanim – wszyscy są tu, by przede wszystkim dobrze się bawić. Całkowicie kobiece załogi, jedne w samochodach Grand Prix z lat 30. XX w., inne w niewinnych Fiatach Topolino stają tu w szranki z mężczyznami, którzy z pewnością "lubią zapach węglowodorów o poranku".

Zanim jednak rozpocznie się rywalizacja w Fiera di Brescia trwają badania i odbiory techniczne. Eksperci (rzeczoznawcy, można by powiedzieć po polsku) sprawdzają, czy samochody są oryginalne, w dobrym stanie (bezpieczne) i spełniają wszystkie możliwe standardy zawarte w paszportach FIVA, stanowiących swojego rodzaju certyfikat oryginalności i pochodzenia pojazdu. Badane jest, czy nie zostały dokonane jakieś przeróbki (wszystkie są nielegalne wg regulaminu Mille Miglia). Niestety, jak to często z samochodami historycznymi bywa, czasem któryś z nich po prostu odmawia posłuszeństwa i nie chce odpalić. W pewnym momencie ktoś przez megafon oznajmia, że czyjaś Alfa Romeo gubi strasznie dużo oleju... taki urok klasycznej motoryzacji.

Z Fiera di Brescia wraz z zawodnikami przenosimy się do centrum miasta, gdzie na Piazza della Vittoria (Plac Zwycięstwa) trwa inna procedura – plombowania samochodów. Ma ono na celu uniemożliwienie jakiegokolwiek majstrowania przy już sprawdzonych raz samochodach. Wszystko odbywa się w cieniu pięknej architektury i w asyście tłumów mieszkańców, którzy przyszli oglądać niezwykłe wozy oraz ich kierowców. Warto, bo wśród nich udaje nam się wypatrzeć legendę Formuły 1 – Arturo Merzario. Plombowanie odbywające się w miłej atmosferze przy cygarze i bąbelkach w kieliszku trwać będzie do południa następnego dnia (z przerwą na sen, oczywiście). Jutro zaczną się prawdziwe emocje, przeżywane na liczącej 1600 kilometrów trasie, biegnącej przez Padwę, Rzym i Parmę z powrotem do gościnnej Brescii. Do zobaczenia na trasie!

"Donne e motori gioie e dolori" powiedział Ferrari, co można luźno przetłumaczyć jako "Kobiety i samochody; radość i ból". Po przejechaniu dzisiejszego odcinka rajdu Mille Miglia (a to dopiero początek i jeden z krótszych etapów, bo liczący około 165 km) już wiem, co miał na myśli. Tak jak z kobietami na trasie życia mężczyzny, tak i na poszczególnych etapach tego absolutnie szalonego rajdu samochodów zabytkowych można odczuć dwie rzeczy – radość i ból.

Radość wynika przede wszystkim z atmosfery. To niesamowite, jakim Mille Miglia cieszy się przyjęciem wśród Włochów. Wzdłuż całej trasy czekają wiwatujące tłumy. To prawdziwe włoskie święto narodowe. Ludzie wystawiają sobie przed domy stoliczki i siadają całymi rodzinami, jedzą, piją i machają do przejeżdżających samochodów. Nic w tym dziwnego. Jako obserwator, który rajd ten śledzi, po raz pierwszy dzielę ich entuzjazm w 100 procentach. Co najlepsze, podzielają go też sami uczestnicy, którzy chociaż rywalizują na poważnie, a ich pochodzenie czy pozycja społeczna mogłaby sugerować pewien dystans, okazują się wyjątkowo przystępni. Odpowiadają na przeróżne pytania z wielką cierpliwością, czasem tylko machną ręką i powiedzą "muszę już jechać". Słusznie, każde spóźnienie na Punkt Kontroli Czasu skutkuje karą.

W tym roku Mille Miglia zbiega się też z innym prestiżowym wydarzeniem – festiwalem filmowym w Cannes. I tak jak na Lazurowym Wybrzeżu błyszczą gwiazdy, tu w sercu północnych Włoch błyszczą samochody i startujące nimi załogi. A przybywają one z całego świata. Żółtym Cadillakiem porusza się dwóch dżentelmenów z Los Angeles, którzy w tym rajdzie biorą udział już po raz czwarty. Nie brakuje też załóg z Japonii czy Chin. Jedno jest pewne – skąd by się nie pochodziło, Mille Miglia wchodzi pod skórę, napełnia umysł i serce.

Śledzenie rajdu nie jest proste. Odbywa się on częściowo na drogach publicznych, wtedy można spokojnie podróżować wraz z zawodnikami. Jednak odcinki, na których dokonywane są pomiary czasu, są zamknięte dla ruchu. Cywile kierowani są na różne objazdy, przedstawiciele mediów i teamy mechaników i innych grup wsparcia na objazdy trochę krótsze. Samochody zawodników choć często ponad 60-letnie wcale też nie poruszają się wolno. Po wyjeździe z Brescii próbowaliśmy złapać część samochodów podczas próby, która rozgrywała się na brzegu jeziora Garda, ale mimo tego, że skróciliśmy sobie drogę autostradą i tak przyjechaliśmy na miejsce, gdy końcówka stawki opuszczała już próbę.

Trochę uprzedziłem fakty! Po kolei. Zanim znaleźliśmy się nad Gardą, wszyscy zawodnicy wraz z obsługą zgrupowania, zostali na terenie ogromnego muzeum poświęconego fenomenowi Mille Miglia. Ci, którzy chcieli, mogli je zwiedzić, większość poszła na lunch. Słusznie – następny posiłek czekał w Padwie, co oznaczało dla jadących w ogonie – nawet za 8 godzin. Stamtąd w kolejności wyznaczonej przez numery startowe zawodnicy podążyli na start. W akompaniamencie okrzyków rozentuzjazmowanych kibiców, czekając na swoją kolej, przygotowywali się na mordercze kilometry, dokonując ostatnich poprawek – zatykając uszy za pomocą specjalnych zatyczek, wyciągając spod siedzeń gogle. Większość samochodów jest bardzo głośna i po kilkuset kilometrach nawet najpiękniejszy gang silnika potrafi rozsadzić bębenki i głowę, pozostałe są jeszcze głośniejsze – komunikacja kierowca-pilot może się odbywać wyłącznie przez rajdowy intercom. Samochody, których rodowód wywodzi się z zawodów Grand Prix oczywiście pozbawione są przedniej szyby. Gogle co prawda nie uchronią przed gołębiem przyjętym prosto na twarz – co zdarzyło się kiedyś podczas wyścigu w Le Mans niejakiemu Duncanowi Hamiltonowi – ale przynajmniej ochronią oczy przed owadami.

Verona - Punkt Kontroli Czasu, fot. Błażej Żuławski

I tu dochodzimy do "bólu", o którym mówił Ferrari. Choć radość z idealnie przejechanego zakrętu czy tego, jak rzędowy, sześciocylindrowy silnik Jaguara czy Aston Martina wkręca się na obroty, jest wielka, wszyscy, nawet ci, którzy rajd tylko śledzą doświadczają zmęczenia. Zmęczenia niemiłosiernym upałem, palącym słońcem, wdychaniem niespalonych węglowodorów, wydobywających się prosto z rur starych wyścigówek, a przede wszystkim napięciem nerwów, wywołanym przez szybką jazdę. Ale o to właśnie w Mille Miglia chodzi – o to, by sprawdzić, gdzie leży kres możliwości zawodników i samochodów.

Jako bonus należy potraktować możliwość przebijania się przez zakorkowane miasto, podążając za włoskim policjantem na motocyklu, torującym na sygnale drogę. Jazdę pod prąd, buspasami, rozpychanie się ponad wszelką miarę pomiędzy cywilnymi samochodami, oraz kompletne ignorowanie czerwonego światła na skrzyżowaniach. Niesamowite uczucie, gdy pędzisz tak przez centrum historycznej Werony mając przed sobą Cisitalię 202, a za sobą Veritasa RS z 1948 roku z pięknie brzmiącym silnikiem od BMW 328.

Na mecie, w Padwie, w środku nocy czeka wielki bankiet. Stawka samochodów jest tak wymieszana, że nie wiadomo kto kiedy powinien przyjechać, jakie przygody przeżył i jakie błędy popełnił. Zasiadający za kierownicą Mercedesa 300SL Jochen Mass mówi mi, że nie zważając na odpowiedni czas  po prostu wyprzedził wszystkich bo "lubi prędkość". Polska załoga należącego do Perlage Team Aston Martina 15/98, Marian Stoch (kierowca) i Bartosz Balicki (pilot) wydaje się zadowolona – oni na rajdach na regularność zjedli już zęby (uczestniczyli nawet w jednym na terenie Japonii) i ewidentnie jadą po wynik.

Tadeusz Kozioł, krakowianin startujący kolejnym Mercedesem-Benzem 300SL Gullwing krzyczy nam tylko "Było super!" Jako trzeci z polskich Astonów na mecie zameldował się DB2/4 Krzysztofa i Doroty Weka, którzy kończą etap w okolicy godziny 11:50. Teraz pora złapać chociaż trzy godziny snu by od jutra móc znowu śledzić zmagania "tych wspaniałych mężczyzn i kobiet w ich wspaniałych maszynach". Jutro jedziemy do Rzymu.

Błażej Żuławski

Poleć tą relację znajomym