Trzeci dzień Mille Miglia - emocje, prędkość i wiwatujące tłumy

Zacznę od spraw zakulisowych. Podróżowanie wraz z rajdem Mille Miglia nie jest sprawą prostą. Ten kto uważa, że to wszystko tylko taka przejażdżka dla bogatych emerytów i byłych kierowców wyścigowych, którzy przez te cztery dni, w jakiejś ułudzie przeżywają jeszcze raz dni swojej chwały, ten się grubo myli. Jest zupełnie odwrotnie.

Podczas Mille Miglia kierowcy nie biorą żadnych jeńców, a prędkości rozwijane przez ich maszyny są często zawrotne i sprawiają, że włosy stają na głowie dęba. Jako że codziennie przygotowujemy dla was relacje z tego wydarzenia musimy dobrze planować, gdzie i na ile możemy się zatrzymać, by pokazać w naszych filmach i na zdjęciach jakąś grupę samochodów startujących w rajdzie. Najchętniej też celujemy w takie momenty, by spotkać Dorotę i Krzysztofa Weka startujących w Astonie DB2 Perlage Teamu. Potem musimy gonić czołówkę. Czasami udaje się to nieźle, innym razem gorzej, gdy nie ma jak nadrobić drogi kawałkiem autostrady, jesteśmy zdani na własną odwagę i ślepy los.

Wczoraj właśnie tak zaczął się nasz dzień, gdy ruszyliśmy z Rzymu. Spóźnieni na start, po dwóch godzinach snu, skierowaliśmy przód naszego prasowego auta w stronę Witerbo. Udało się nam tam dotrzeć względnie sprawnie, a zgodnie z zapowiedzią miasteczko było przepiękne, ale podróżując po wąskich i krętych drogach, nie mając wiele okazji do wyprzedzania, jadąc w ogonie całego rajdu, dotarliśmy na miejsce razem z ostatnimi czterema załogami z ponad czterystu pięćdziesięciu kilku uczestników... trzeba było szybko zmienić taktykę.

Według aplikacji śledzącej na żywo kawalkadę pojazdów, którą serdecznie polecam, rozciągnięta przez pół Toskanii stawka zbliżała się już do Sieny. Szybko podjęliśmy decyzję przeskoczenia kilku etapów i ruszenia autostradą prosto do otoczonej szczelnie przez XIV wieczne, warowne mury Lukki. Wyprzedziwszy wszystkich postanowiliśmy tam zaczekać i porządnie przygotować się do zdjęć.

Efekty możecie zobaczyć na ilustracjach do tego artykułu, oraz filmie z trzeciego dnia Mille Miglia. Przyłożyłem się do nich jedynie nieznacznie prowadząc samochód, z którego bagażnika wystawali nasz fotograf z operatorem - Filip Blank oraz Szymon Dudka - ku uciesze wiwatujących tłumów, które zgotowały im owacje jako jednym z bohaterów dnia.

A potem... potem się zaczęło.

Najpierw dowiedzieliśmy się o sporze, oczywiście takim natury sportowej, między legendarnym kierowcą rajdowym Walterem Rörhlem a Polakami - w skrócie z niewiadomych przyczym Walter dał się dogonić na odcinku pomiarowym, po czym jeszcze zwolnił i nie dając się wyprzedzić zatrzymał się na mierzącej czas taśmie w taki sposób, że Perlage Team nie mógł wjechać na pomiar w swoim czasie i zaliczył maksymalną karę. Cios podwójny bo podobna rzecz zdarzyła się dzień później, gdy inny zawodnik, na takim właśnie odcinku zgasił silnik i startujący Astonem Polacy znów nie mogli przeciąć fotokomórki w odpowiednim czasie.

Dla laika może się to wydać absurdalne, ale w Mille Miglia czołówka naprawdę walczy o setne części sekundy. Jadący DB2 Krzysztof Weka włożył w tym roku mnóstwo pracy w przygotowania do rajdu, tak by móc powalczyć z najlepszymi i do tej pory utrzymywał się w pierwszej trzydziestce najlepszych! Podwójna kara sędziowska (za te dwa incydenty) przekreśliła jego szanse na przyzwoity wynik.

Perlage team złożył protest. A ja zapytałem Rörhla dlaczego postąpił w taki sposób na odcinku pomiarowym - odpowiedział, że jedyna prawdziwie szybka rzecz w jadącym za nim Astonie to stoper, który ewidentnie się spieszy. On ma swój zegarek i wie, jakie czasy powinien osiągać. Po mecie w Parmie, czyli dzisiaj około pierwszej w nocy, okazało się jednak, jak mocno wielki Walter się myli. Sędziowie rozpatrzyli protest Polaków pozytywnie, cofając karę dla Państwa Weka i utrzymując karę dla legendarnego kierowcy Porsche... jak widać specyfika Mille Miglia przerasta czasem nawet kultowe postaci świata motorsportu.

Widać to było też na mecie w Parmie np. po wycieńczeniu malującym się na twarzy byłego kierowcy F1 Adriana Sutila. Dziwne, bo w porównaniu z młodym Niemcem, 71-letni Jochen Mass wydawał się świeży i wypoczęty. Ale może ci starzy kierowcy, są zrobieni z innej gliny? Odrobinę wyprzedzając fakty - do Parmy wszyscy dotarli szczęśliwie, a podczas tegorocznego rajdu, za wyjątkiem jednego rozbitego Jaguara XK120, nie ma żadnych stłuczek i większych, nieszczęśliwych incydentów.

Wiadomość, szczególnie dobra, w świetle tego co przeżyliśmy podróżując z Lukki do Parmy wraz z zawodnikami, goniąc Ferrari 375, ważącą niespełna 1000 kg, wyścigówkę z 4,5 litrowym silnikiem V12. Przez "stolicę marmuru" - czyli Pietrasanta - Sarzanę, gdzie przywitały nas wiwatujące tłumy, jakich nie widzieliśmy nigdy wcześniej, oraz Passo Della Cisa, jedną z piękniejszych przełęczy (choć nie wysokogórskich), jaką w życiu widziałem, przejechaliśmy w iście wyścigowym tempie.

To zasługa naszego partnera, Cisowianki Perlage, która w tym roku umożliwiła nam podróżowanie z nalepkami na aucie typu "all access" oraz eskorty Policyjnej, dzięki której przez nadmorskie kurorty Toskanii przelecieliśmy nie zatrzymując się na żadnym czerwonym świetle - w chmarze Jaguarów, Astonów i Austinów Healeyów, trzymając cały czas gaz do dechy, goniąc niemieckiego kierowcę Ferrari, który jechał tak, jakby paliły mu się spodnie.

Autor: Filip Blank

Źródło: Mille Miglia 2018

A potem dotarliśmy na przełęcz, na szczycie której odbywała się próba czasowa. Prawie 40 kilometrów krętej jak porcja spaghetti, gładkiej jak stół (co we Włoszech nie jest oczywiste) drogi zamknięte dla ruchu. Przełęcz, przez którą pierwszą trasę wyznaczono w 71 r.n.e. "wynajęta" i tylko dla nas. Filip i Szymon zajęli miejsce w oknach naszego Mercedesa i w tym momencie wyprzedził nas Veritas Comet RS Barchetta i zaczął ścigać się z gonionym przez nas Ferrari.

Niesamowity pojedynek przypominał bardziej walkę dwóch myśliwców z epoki II Wojny Światowej, niż wyścig samochodów. Oczywiście Włosi i Niemcy byli wtedy po jednej stronie, ale to szczegół. Pięknie brzmiące silniki wkręcane pod samo czerwone pole, trajektorie przez zakręty kreślone z największą możliwą prezycją. Niesamowita prędkość. Wszystko to w samochodach z zawieszeniem prostym jak w bryczce konnej i bębnowymi hamulcami. Po chwili muszę poprosić Filipa z Szymonem, żeby się schowali do auta, bojąc się o ich bezpieczeństwo.

Dzięki temu pojedynkowi udało nam się dogonić na próbie "naszego" Astona, ale nie chcąc im przeszkadzać pognaliśmy dalej. Zjeżdżając z przełęczy odkryliśmy natomiast, że małe i niepozorne Fiaty 500 Topolino są wyjątkowo zwinne i szybkie na takich drogach, jeśli za kierownicą zasiada odpowiednio wykwalifikowana osoba. Jeden z Fiatów szybko wyprzedził dwa Jaguary i jedno Porsche i zniknął gdzieś w oddali zmierzając w stronę Parmy.

Dziś ostatni dzień Mille Miglia, podczas którego odwiedzimy m.in. Tor Monza. Na chwilę więc działo panów Canestriniego, Maggi, Mazzottiego i Castagnety zagości w niegdyś wrogim im Mediolanie, który odebrał Brescii prawo do organizowania wyścigów Grand Prix, właśnie dzięki torowi Monza, na którym odbywają się one do dziś.

Nie ma to jednak większego znaczenia. Po wczorajszym dniu nie potrzebne są nam już żadne torowe emocje - zgodnie z Jeremy'm Clarksonem powtarzamy, że "Italy is God's racetrack", czyli, że Włochy to tor wyścigowy samego Pana Boga.

Poleć tę relację znajomym
Udostępnij Tweetnij
Wyłącz Adblocka, aby w pełni cieszyć się zawartością tej strony.