PARTNER SERWISU

WP - moto

Tysiąc mil emocji i chwały: jak doszło do najbardziej fascynującego wyścigu na świecie?

Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na niewinną zabawę elit, ale nie dajcie się zwieść: tu najbardziej pożądane, zabytkowe samochody świata dostają bezlitosny łomot przez cztery dni ostrej rywalizacji. Upamiętniają w ten sposób wyścig z pierwszej połowy wieku, który był wtedy jednym z największych wydarzeń nie tylko w całych Włoszech, ale także w Europie. Witajcie na pełnej historycznych sukcesów trasie Mille Miglia.

17.05.2017

Mille Miglia Storica to motoryzacyjna uczta, której nie da się porównać z żadną inną. Dzieje się tak z prostego powodu. Współcześnie rozgrywany rajd upamiętnia legendarny, jedyny w swoim rodzaju, wyścig. Co prawda przepełnione typowo włoską atmosferą chaosu i skandali Mille Miglia w swojej oryginalnej formule musiało zostać zawieszone w 1957 roku, gdy ówcześni organizatorzy zrozumieli, że podczas ścigania się na tej trasie uczestnicy zawieszają rozsądek na kołku, a zwycięstwo staje się sprawą życia lub śmierci. Jednak legendy o heroicznych poczynaniach ówczesnych kierowców przetrwały. Dzisiaj Mille Miglia funkcjonuje więc dalej, ale już jako wyścig historyczny, na tzw. „regularność”. Mimo to udaje się zachować ducha emocji sprzed lat, wyłączając zagrożenia. Jak co roku, uczestnicy wyjeżdżają na trasę, by kolejny raz pokonać liczącą tysiąc mil pętlę z Brescii do Rzymu i z powrotem. I to nie byle jak, bo jednymi z najcenniejszych, historycznych wozów na świecie – swoją dzisiejszą wartość zawdzięczających między innymi temu, że ponad pół wieku temu osiągały one sukcesy na mniej więcej tej samej trasie, z legendami wyścigów za sterami…

 

Zarówno w 2017 roku, gdy już po raz czterdziesty odbywa się „nowożytna” edycja Mille Miglia, jak i równo 90 lat temu, gdy wpisana w czerwoną strzałkę nazwa wskazująca na liczącą tysiąc mil trasę wyścigu pojawiła się po raz pierwszy, chodzi o to samo: jazdę na krawędzi wytrzymałości ludzi i maszyn, pomimo przytłaczających opadów, ciemności nocy, zmęczenia, usterek, niebezpieczeństw wąskich miejskich ulic i górskich przełęczy oraz czasem niebezpiecznej bliskości wiwatujących tłumów stojących tuż przy trasie.

 

Brzmi bardzo pociągająco, prawda? Tak samo myślał Giovanni Canestrini, który 2 grudnia 1926 roku zaprosił do swojego domu Franco Mazzottiego, Aymo Maggiego i Renzo Castagneta (mieli być oni znani wspólnie jako „czterej muszkieterowie” Mille Miglii), by wspólnie zarysować koncepcję wyścigu, jakiego świat jeszcze nie widział. Niewątpliwie panowie nie byli jeszcze wtedy świadomi, że stają się jednymi z kluczowych postaci historii motoryzacji, ale powstanie tego wyścigu akurat w tym miejscu i w tym czasie nie było wcale dziełem przypadku.

 

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego

Zrozumieć to można tylko po krótkiej lekcji historii obrazującej ówczesny kontekst społeczny i polityczny. Lata 20. były bolesnym czasem dla Europy, które lizała jeszcze rany po pierwszej wojnie światowej. We Włoszech budziły się nastroje nacjonalistyczne po niekorzystnych według ludności ustaleniach traktatu wersalskiego. Ale były to też fascynujące czasy wielkiego postępu technologicznego: Amundsen zdobył biegun północny, do domostw zawitała elektryczność, radio i leki, pobijano rekordy prędkości na czym się dało i gdzie się dało: lądzie, wodzie i w powietrzu.

W takim właśnie świecie dorastali w Brescii Franco Mazzotti i Aymo Maggi, których połączył nie tylko podobny wiek (jeden urodzony w 1903, drugi w 1904 roku), ale i pochodzenie: wywodzili się z zamożnych rodzin, dzięki czemu mogli pozwolić sobie na nieskrępowane realizowanie swoich pasji. Kręciły się one głównie wokół ścigania się. Czymkolwiek. Samochodami, łodziami czy samolotami. Nie mieli nawet dwudziestu lat, gdy kolejny z „muszkieterów”, Renzo Castagneto, zorganizował w Brescii (w latach 1921-1923) najważniejszy wyścig w kraju - Grand Prix Włoch. Dla miasta było to wielkie wydarzenie nie tylko ze względu na szczególną rolę, którą już wtedy pełniły samochody w tym kraju. Jakże wielką więc tragedią było odebranie prawa do organizacji Grand Prix Brescii, by przenieść je do większego i bogatszego Mediolanu na zbudowany specjalnie w tym celu tor wyścigowy w parku Monza (gdzie notabene Grand Prix Włoch jest organizowane do dziś). Arturo Mercanti, który do tego dopuścił, a sam pochodził z Brescii, w rodzinnym mieście już nie miał się co pokazywać.

Być może pocieszenie dla tego miasta stanowił fakt, że pierwsze wyścigi na Monzy okazały się klapą. Formuła Grand Prix przeżywała wtedy kryzys: zmniejszenie pojemności silników do 1,5 litra ograniczyło zainteresowanie kibiców i samych producentów (trochę tak, jak dziś). Do startu w GP Włoch w 1926 roku przystąpiło tylko pięciu zawodników. Dużo większą popularnością cieszył się już wtedy, rozegrany po raz pierwszy w 1923 roku, wyścig w Le Mans, gdzie samochody z dużo większymi silnikami prowadziły widowiskową rywalizację przez 24 godziny po torze wyznaczonym po drogach publicznych.

„Muszkieterowie” z Brescii wiedzieli, że potrzebna jest zmiana – coś, co przywróci ich miastu pozycję kolebki włoskiego motorsportu i obudzi włoski przemysł motoryzacyjny z letargu. Tak powstał pomysł długodystansowego wyścigu wytrzymałościowego startującego z Brescii, w którym po publicznych drogach (tory są zbyt nudne!) rywalizowałyby wozy drogowe (bo bolidy GP ciężko jest odnieść do rzeczywistych samochodów). Biorąc pod uwagę zdominowanie ówczesnej sceny wyścigowej przez elity i stan dróg Włoch lat 20. XX wieku, dalej pamiętających czasy konfliktu zbrojnego, w praktyce miało to się okazać czymś pomiędzy dobrze znanym dzisiaj wyścigiem gwiazd Gumball 3000 a profesjonalnym rajdem WRC.

Czteroosobowy zespół miał jednak wszystko, czego potrzeba, by osiągnąć sukces: młodzieńcze ambicje Maggiego, finansowe zaplecze ojca Mazzottiego, zmysł organizacyjny Castagneta i PR-owe wpływy Canestriniego, dziennikarza la Gazzetta dello Sport. Panowie w jeden wieczór nakreślili plan wyścigu z Brescii do Rzymu i z powrotem. Wybór Rzymu także nie był przypadkowy – poza dość przyziemnym faktem posiadania sensownej drogi w tym kierunku, ważny był także wątek propagandowy. W faszystowskiej dyktaturze Il Duce wszystko zależało od jego przychylności, więc dzięki zdobyciu wpływów w stolicy wypracowanych kolejnymi koneksjami udało się przezwyciężać kolejne przeciwności losu i osoby nieprzychylne wyścigowi. Nie podobał się on szczególnie członkom włoskiego automobilklubu, którzy widzieli w nowym wydarzeniu poważne zagrożenie dla rangi ich Grand Prix. Za sprawą liczącej z grubsza 1600 km drogi wyścig został ochrzczony przez Mazzottiego chwytliwą nazwą Mille Miglia (tysiąc mil). Wymyślił ją, będąc pod wpływem swojego niedawnego pobytu w USA, gdzie wielkie wrażenie zrobiły na nim popularność i widowiskowość tamtejszych wyścigów. Żeby uniknąć jednak skojarzeń z anglosaskim światem, pochodzenie nazwy było tłumaczone odwołaniem się do mili rzymskiej, funkcjonującej właśnie na drodze do Rzymu już w starożytności.

Przepis na legendę

Z pomocą całkiem prymitywnych, jak na dzisiejsze standardy, metod organizatorzy przygotowali wszystko na pamiętny dzień startu 26 marca 1927 roku. Wyścig okazał się niekwestionowanym sukcesem: organizatorzy liczyli na pojawienie się na starcie trzydziestu załóg, tymczasem do udziału zgłosiło się 101 zawodników, w tym cała czołówka włoskiej sceny wyścigowej i jedenaście ekip fabrycznych. To był więcej niż tylko wyścig, to był rodzaj ogólnonarodowego zrywu, który dzisiaj chyba nie byłby już możliwy. Wzdłuż całej trasy stały miliony widzów oraz trzydzieści tysięcy żołnierzy, którzy pomagali w organizacji. Wyścig wygrała załoga uznanego kierowcy Fernando Minoi z Giuseppe Morandim, która jechała samochodem OM 665 S (mediolańska marka, wiele lat później przekształcona w Iveco). Do Brescii wróciła dużo wcześniej, niż ktokolwiek się spodziewał: już po 21 godzinach, 4 minutach i 48 sekundach. O dziwo, cały wyścig odbył się bez ani jednego incydentu czy poważnych wypadków, co było w tamtym czasie nader rzadkie. To była chwila tryumfu motoryzacji, moment chwały dla całych Włoch. Nic więc dziwnego, że już kilka dni po zakończeniu rajdu Mussolini wysłał do organizatorów list z tylko czterema słowami: „Zróbcie to jeszcze raz!”.

Co jednak początkowo było powodem do zaprowadzenia wyścigu Mille Miglia na sam panteon motoryzacji, w końcu musiało doprowadzić do jego bolesnego upadku. Podczas gdy technologia w kolejnych latach parła do przodu, formuła wyścigu organizowanego na publicznych drogach, z publicznością gęsto stojącą centymetry od samochodów nie zmieniła się ani trochę. Startujące bolidy stawały się tymczasem bardzo szybkie, a zawodnicy coraz lepiej przygotowywali się do trasy, jeżdżąc nią przez resztę roku, dosłownie „wkuwając” ją na pamięć. Poprzeczka została podniesiona jeszcze wyżej, gdy w 1953 roku wyścig stał się rundą ówczesnych Wyścigowych Mistrzostw Świata. Z początkowego rekordu 21 godzin, po pamiętnym przejeździe Stirlinga Mossa z 1955 roku udało się urwać prawie 10 godzin i zejść do abstrakcyjnego wyniku 10 godzin, 7 minut i 48 sekund. To oznacza, że Moss jechał swoim Mercedesem 300SLR (ledwo przebranym karoserią, ówczesnym bolidem Formuły 1) przez całe Włochy ze średnią prędkością 160 km/h!

Takie podkręcenie tempa musiało się źle skończyć. W roku 1957 prowadzący Ferrari 335 S znany playboy i arystokrata Alfonso de Portago tak długo zwlekał ze zmianą opon, że w końcu jedna pękła, a on z prędkością ponad 200 km/h wjechał w szpaler widzów, w wyniku czego śmierć poniosło dziewięć osób. Wyścigu jednak nie przerwano, choć podczas tej samej edycji zginął jeszcze kolejny kierowca - Joseph Göttgens. Miarka się przebrała. W sumie przez trzydzieści lat historii wyścigu zginęło aż 56 osób. W motoryzacyjnych zmaganiach nie chcieli już startować nawet sami kierowcy. Mille Miglia nie miała prawa dalej istnieć.

Nowe otwarcie

A przynajmniej, nie w takiej formie. Taki wyścig, jak Mille Miglia jest jak wyjątkowo odporny wirus. Hibernuje, czeka w uśpieniu. Wydaje się, że umarł, jednak przez cały czas wypełnia serca i umysły tysięcy osób. Miłośników trudnych, motoryzacyjnych zmagań, pochodzących nie tylko z Włoch. Dlatego równo dwadzieścia lat później, w roku 1977, postanowiono Mille Miglia wskrzesić. Z jedną istotną dla przyszłości tego wydarzenia zmianą. Od tego momentu przestał to być szaleńczy wyścig, w którym kierowcy pędzą na dosłowne złamanie karku. W zamian powstał, nie mniej trudny i równie emocjonujący, wyścig na regularność. Do startu dopuszczono wyłącznie modele, które startowały choć w jednej z pierwotnych edycji.

To pozornie może brzmi jak kolejny spokojny zlot zabytków. Nic bardziej mylnego. Również dziś te bezcenne auta bez pardonu przedzierają się pomiędzy tłumami kibiców, a całości towarzyszy ten sam duch celebracji motoryzacji w najlepszym wydaniu (z lekką nutką szaleństwa). Zupełnie jak w tych jakże pionierskich, przedwojennych czasach. Można powiedzieć, że Mille Miglia Storica w swoim rozmachu i popularności co najmniej dorównuje oryginałowi. W tym roku na start dopuszczono aż 460 załóg, które ponownie pokonują trasę z Brescii do Rzymu i z powrotem. Wśród nich pojawią się trzy załogi z Polski, z czego aż dwie to tzw. Perlage Team, który wystawia główny partner Mille Miglia – Cisowianka Perlage. Trzymamy kciuki za sukces naszych rodaków w tym najtrudniejszym i najsłynniejszym wyścigów samochodów zabytkowych na świecie.

Poleć ten artykuł znajomym