PARTNER SERWISU

WP - moto

"Polski łącznik" - niezwykła historia inżyniera Aston Martina, Tadeusza Marka

Urodzony w Krakowie fan motoryzacji w latach powojennych stworzył jedne z najważniejszych silników w historii Aston Martina, w tym ten napędzający najsłynniejszy wóz marki - DB5 Jamesa Bonda. A to dopiero jeden z mniej interesujących faktów z niesamowitego życia Tadeusza Marka…

26.05.2017

Na pierwszy rzut oka Tadeusz (lepiej znany poza granicami Polski jako, łatwiejszy do wymówienia, Tadek) Marek miał lekkie i szczęśliwe życie: wychowany w Polsce pasjonat motoryzacji dzięki swojej determinacji dostał wymarzoną pracę w Wielkiej Brytanii, gdzie kreował przyszłość Aston Martina projektując silniki. Był twórcą tych najbardziej "ikonicznych" - rzędowego sześciocylindrowca o pojemności czterech litrów, który znalazł się w słynnym modelu DB5, występującym w filmie Goldfinger, oraz mocarnego V8 o pojemności 5,3 litra, który był główną siłą napędową marki (dosłownie i w przenośni) przez bardzo długi czas, aż do przejęcia przez firmę Ford. Spełniony życiowo przeniósł się do Włoch, gdzie spędził szczęśliwą emeryturę. To jednak tylko mały wycinek z tego, czego doświadczył. Inżynier Marek zasługuje na pamięć, ponieważ całym swoim życiem udowodnił, że wiara w możliwość zrealizowania nawet najbardziej niesamowitych marzeń przynosi nieprawdopodobne historie i doświadczenia a w końcu te marzenia spełnia.

Dobry zawodnik, jeszcze lepszy konstruktor

Tadeusz Marek urodził się w Krakowie w 1908 roku i praktycznie od urodzenia całkowicie dał się pochłonąć motoryzacji. Już w wieku czternastu lat odremontował swój pierwszy samochód - Forda T odkupionego z demobilu Polskiej Armii. Niedługo potem dorobił się pierwszego motocykla. Była to surowa maszyna francuskiej marki Alçon z prymitywnym pasem napędowym, który pewnego dnia zerwał się i uderzył młodego Tadka w plecy tak mocno, że ten przez kilka godzin nie mógł dojść do siebie. To go jednak nie zraziło. Przesiadał się na coraz bardziej zaawansowane motocykle, z pomocą których zaangażował się w świat wyścigów. Choć szło mu nieźle, nie trwało długo, nim zaliczył spektakularny wypadek. Wpadł na przewrócony motocykl rywala i wyskoczył w powietrze, lądując wprost na stoisku z wodą sodową, przy okazji tłukąc kilkaset szklanych butelek. Zawodnik Tadeusz Marek, przez następne osiem miesięcy nie wstawał ze szpitalnego łóżka. Przez ten czas wyleczył się także z wyścigowych, motocyklowych ambicji, ale nie porzucił marzeń o karierze związanej z motoryzacją.

Już wtedy dał się poznać jako utalentowany inżynier. Ukończył Politechnikę w Berlinie, co dało mu przepustkę do pracy w słynnych Państwowych Zakładach Inżynieryjnych w Warszawie – miejscu, gdzie powstały najlepsze, przedwojenne polskie samochody i motocykle. Tam współtworzył zespół napędowy motocykla CWS M111, lepiej znanego jako Sokół 1000. W następnych latach pracował w polskich biurach marek Fiat i General Motors, co wykorzystywał do kontynuacji swojej kariery motorsportowej. Od wczesnych lat 30. uczestniczył we wszystkich rajdach, próbach sprawnościowych i wyścigach górskich, w jakich tylko się dało. Awansował do polskiej czołówki rajdów, przechodząc do ligi europejskiej. Od 1937 roku startował w trzech kolejnych edycjach legendarnego Rajdu Monte Carlo. Przygody, które go tam spotkały, zasługiwałyby na osobny artykuł. Dość powiedzieć, że podczas swojego pierwszego startu, do Monako przybywał z Palermo („Monte” odbywał się wtedy na zasadzie zlotu gwiaździstego z określonych punktów w Europie) zupełnie nowym wtedy Fiatem 1100 Special, którego osobiście przygotował do zawodów. W samochodzie szybko jednak padły hamulce, przez co kierowca skazany był na przejechanie kolejnych trzystu kilometrów będąc zupełnie ich pozbawionym! W końcu udało mu się naprawić usterkę, ale przed dotarciem na Lazurowe Wybrzeże powstrzymał go śnieg zalegający w Alpach. W kolejnych latach spotykały go nie mniej sensacyjne historie, które innym starczyłyby już na całe życie, ale przed Markiem pojawiły się jednak inne wyzwania podyktowane wybuchem II wojny światowej.

Szczęście w cieniu wojny

Już we wrześniu starszy szeregowiec Tadeusz Marek trafił do niemieckiej niewoli. Udało mu się z niej zbiec i uciec do Rumunii. Nawet w takich okolicznościach nie tracił on swoich ambicji, połączonych z odwagą i iście ułańską fantazją. Będąc w Rumunii chciał powrócić do Polski i odnaleźć swoją ukochaną. Dowiedział się, że pracownik niemieckiej ambasady dostał zezwolenie na przejazd przez front i poruszanie się po Polsce dzięki porozumieniu z Sowietami. Jakimś cudem Marek zdołał pożyczyć od tejże ambasady wóz z dyplomatycznymi tablicami i dzięki swojej doskonałej znajomości niemieckiego (oraz sfałszowanym papierom, ale to w owych czasach był akurat najmniejszy problem) bez problemu przekradł się na okupowane przez Sowietów Kresy, a stamtąd do powstałego właśnie Generalnego Gubernatorstwa.

Dziewczyny nie znalazł, ale w drodze powrotnej zabrał ze sobą parę osób, które chciały się wydostać z okupowanej Rzeczpospolitej. Słuch o zakończonej sukcesem misji dotarł aż do internowanych władz RP, które zleciły Markowi zadanie przeprowadzenie konwoju dwudziestu rządowych limuzyn do Paryża, gdzie urzędował Generał Sikorski. Podróż przebiegała bez żadnych przygód aż do czasu, gdy prowadzony przez Marka konwój dotarł do granicy jugosłowiańsko-węgierskiej. Początkowo strażnik nie chciał w ogóle słyszeć o wpuszczeniu Polaków do kraju, ale Marek rozpoznał w nim człowieka, który dwa lata wcześniej podbijał mu paszport podczas dojazdu na Rajd Monte Carlo! Dzięki tej znajomości ekipa Marka została nie tylko wpuszczona, ale i eskortowana przez cały kraj.

Gdy samochody dotarły bezpiecznie do Paryża, Marek pozostał bez konkretnego zajęcia. Z pewnością się jednak nie nudził. Jego niewiarygodne przeżycia wojenne przypominają trochę te znane z przygód Franka Dolasa, z tą różnicą, że życie Marka wydarzyło się naprawdę. Jako patriota bardzo chciał przysłużyć się Polsce – doszedł do wniosku, że najlepiej będzie mógł to robić w Anglii, ale droga na Wyspy nie była prosta. Gdy Niemcy docierali do Paryża, uciekał na południe przez Pireneje. Jego wierny Fiat 1100 wiózł w sumie siedem osób i rower zamocowany sznurkiem do dachu. Jedynym dostępnym paliwem była parafina, przez którą Marek był zmuszony używać swoich inżynierskich talentów, by utrzymać silnik przy życiu. Dotarł w końcu do Casablanki, gdzie skończyły mu się pieniądze i musiał parać się różnymi dorywczymi zajęciami – produkcją guzików z płyt winylowych i mydła z rybiego tłuszczu.

W końcu szczęśliwie dotarł do Londynu, gdzie w roku 1941 polskie władze przydzieliły go do prac nad uzbrojeniem. Pozostałe lata wojny przeżył bez większych przygód poza incydentem, który zmienił jego życie. Podczas ostatnich niemieckich nalotów na Londyn jego dom został trafiony bombą. Ledwo uszedł z życiem. Później z humorem wspominał, jak kawałek sufitu wpadł mu do garnka pysznej polskiej zupy, którą właśnie ugotował sobie na obiad. Jakby tego było mało, w zamian dostał ohydną strawę z repertuaru kuchni brytyjskiej. Historia ma jednak szczęśliwe zakończenie – w wyniku tych zaszłości poznał pewną Brytyjkę, która już wkrótce została jego żoną.

Cichy bohater Aston Martina

Po wojnie jego życie nie przybrało w żaden sposób spokojniejszego trybu. Nie wrócił do rządzonej przez komunistów Polski, a wraz ze swoją żoną Brytyjką pojechał do Berlina, gdzie pracował w ramach kontraktu UNRRA. Po półtora roku powrócili do Wielkiej Brytanii, gdzie Marek utrzymywał rodzinę podejmując się dorywczych zajęć. Pracę odpowiadającą jego kompetencjom dostał dopiero w roku 1949. Zatrudnił go Austin, gdzie Polak projektował sześcio- i ośmiocylindrowe jednostki. Przez miłość do dużych, mocarnych silników nie czuł się jednak spełniony. Wrócił do prac nad czołgami, ale czuł, że to nadal nie było "to". W 1953 roku aplikował na stanowisko inżyniera marki Aston Martin. Tu także czekał na niego nagły zwrot akcji godny anegdoty. Najpierw dostał list informujący go, że na stanowisko został wybrany ktoś inny. Gdy zdenerwowany udał się do centrali firmy żądając wyjaśnień, okazało się, że list o tej treści został wysłany przez pomyłkę i posada już na niego czeka. Gdyby nie upór Inżyniera Marka, zapewne nigdy by do jego współpracy z tą legendarną brytyjską marką nie doszło…

Szczęśliwie jednak ich drogi się spotkały i dziś Polak jest pamiętany jako jedna z kluczowych postaci w historii tej brytyjskiej marki. Był ceniony za szybkie działanie, którego nauczył się w czasie wojny oraz zdolność do znajdowania różnych pomysłowych sposobów na radzenie sobie z problemami, którą Brytyjczycy nazwaliby zapewne "polskim kombinowaniem", gdyby tylko mieli w swoim słowniku taki zwrot. Pod koniec roku 1955 Marek dostał zlecenie zaprojektowania nowego silnika sześciocylindrowego z aluminiową głowicą, który w swoim późniejszym rozwinięciu trafił do jednego z najsłynniejszych samochodów w historii kina: modelu DB5 Jamesa Bonda w filmie Goldfinger. Choć mniej spektakularnie, zapewne jeszcze bardziej zasłużył się dla firmy projektując od zera imponujące V8 o pojemności 5,3 litra, na które czekał nowy model DBS. Choć to nieprawdopodobne (jak wszystko w tej historii!), ten charyzmatyczny motor pozostawał w produkcji w kolejnych inkarnacjach tej linii modelowej aż do roku 2000.

Tadek Marek tej chwili już nie doczekał. Odszedł w 1982 roku po pełnym przygód, ale spełnionym życiu. Końca dni dożył na emeryturze spędzonej na włoskiej riwierze pomiędzy Rzymem a Neapolem, gdzie mieszkał wraz z żoną – oraz kolejnymi samodzielnie przerobionymi samochodami, przy których dłubał w każdej wolnej chwili, jak od początku swojego życia. Przejeżdżając przez położony na trasie Mille Miglia Rzym załogi Team Perlage, rycząc silnikami swoich Aston Martinów złożą swojego rodzaju hołd dla pięknego umysłu tego niezwykłego Polaka.

Mateusz Żuchowski

Poleć ten artykuł znajomym