PARTNER SERWISU

WP - moto

Czego o Mille Miglia nie dowiesz się z książek

Najpiękniejszy wyścig świata, jak powszechnie jest nazywane Mille Miglia, od 1927 roku był tłem dla wielu historycznych momentów, legend i tajemnic. Jego historia jest dobrze znana i udokumentowana, ale często żadne słowa nie są w stanie opisać tego, co się działo podczas tych szalonych wyścigów. By lepiej zrozumieć fenomen Mille Miglia odpowiadamy na pytania, których nawet nie planowaliście zadać…

26.05.2017

Taki niesamowity wyścig jak Mille Miglia po prostu musi być pełny niesamowitych historii. Nie tylko tych wielkich chwil budujących dzieje motoryzacji, nie tylko tych tragicznych, ale i błahych, zabawnych, zaskakujących, na które zwykle nie ma miejsca we wpisach encyklopedycznych, książkach i artykułach. Jak choćby wzruszająca opowieść o starcie wielkiego Tazio Nuvolariego w 1948 roku, który, bardzo chcąc pokonać swojego odwiecznego rywala Clemente Biondiettiego, dzięki swojej szaleńczej jeździe w nowym modelu Ferrari przez długi czas rzeczywiście utrzymywał pozycję lidera, ale w końcu przestał się meldować na kolejnych punktach pomiarowych. Przestraszony zespół wyścigowy ruszył więc za nim na poszukiwania bojąc się najgorszego, szczególnie że najpierw znalazł przy drodze sam zmasakrowany samochód… Jak się szybko okazało, Nuvolari leżał już wtedy obolały w pobliskiej plebanii. Historia ta ma szczególnie przejmujący wydźwięk wobec faktu, że dla Nuvolariego wygranie Mille Miglia było wszystkim, co mu w życiu zostało – w czasie II wojny światowej stracił swoje dzieci, a sam był już wtedy śmiertelnie chory. Jeszcze kilka dni przed startem chadzał w samotności po klasztorze, myślami będąc przy zupełnie innych tematach niż wyścigi! Jego chęć powrotu na start w Brescii i ponownego pokonania Biondiettiego była silniejsza niż racjonalność. Racjonalność rzadko wygrywała w Mille Miglia.

To właśnie takie historie, a nie wszelkie statystyki, wnikliwe relacje i rozbudowane opisy pozwalają najpełniej uchwycić i zrozumieć ducha tamtych czasów. Jakże inne były one od tych znanych nam dziś! Wynikało to z odmiennych realiów, innego kontekstu społecznego, tła historycznego. Odpowiedzi na zadane niżej pytania mają na celu przedstawić właśnie Mille Miglia z tej innej, rzadziej opowiadanej strony, tak by dać jeszcze bardziej autentyczne wrażenie tego, co działo się na trasach z Brescii do Rzymu i z powrotem w latach 1927 – 1957.

W co wyposażony był samochód i kierowca startujący w Mille Miglia?

Prościej powiedzieć, czego nie miał! Najszybszy wóz pierwszej edycji Mille Miglia, OM 665 Superba, pomimo swojej zwiastującej luksusowe wyposażenie nazwy nie miał naturalnie pasów bezpieczeństwa, lusterek bocznych czy jakichkolwiek innych rozwiązań mających na celu poprawę bezpieczeństwa. Nie znano wtedy jeszcze hamulców tarczowych; w ich miejscu pracowały dużo mniej skuteczne hamulce bębnowe. Światła przednie służyły bardziej do oznaczania swojej pozycji na drodze niż rozświetlania widoku przed kierowcą. Opony były niewiele szersze od tych, które dziś mamy w naszych rowerach. Proste amortyzatory cierne były bardzo wytrzymałe, ale gwarantowały minimum komfortu. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach bardzo duża część trasy Mille Miglia prowadziła po drogach szutrowych i trasach podziurawionych jeszcze podczas I wojny światowej, więc taki typ zawieszenia był o tyle niezbędnym, co bardzo bolesnym dla osób siedzących w środku rozwiązaniem! W następnych latach zmieniała się technologia poprawiająca osiągi, ale świat wyścigów dalej wręcz ostentacyjnie manifestował brak przywiązania do kwestii bezpieczeństwa. Niektórzy ponad bezpieczeństwo stawiali… styl, jak Giannino Marzotto. Młody hrabia miał zaledwie 22 lata, gdy został jednym z pierwszych klientów Enzo Ferrariego i dał mu zwycięstwo w Mille Miglia w roku 1950. Jego przejazd jest pamiętany do dziś – wyobraźcie sobie widok, gdy na starcie w Brescii w najnowszym modelu Ferrari pojawia się 22-letni chłopak ubrany nie w kombinezon, a szyty na miarę garnitur z kamizelką i krawat! Inni kierowcy go nie lubili, ale publiczność go pokochała – w końcu Włochów najłatwiej przekonać do siebie dobrym stylem…

W jaki sposób przydzielane były numery startowe?

Wnikliwy obserwator archiwalnych zdjęć z Mille Miglia dostrzeże, że żaden z samochodów nie ma na swoim boku namalowanego numeru choćby takiego jak 1 dla lidera, tylko duże, trzy- i czterocyfrowe liczby. Bierze się to z jednej z najfajniejszych tradycji tego wyścigu: numer boczny wskazywał godzinę, o której startował samochód. Kierowcy z liczącej kilkaset samochodów stawki wyścigu byli puszczani w jedno- lub dwuminutowych odstępach, tak by każdy miał trochę miejsca na znalezienie swojego tempa. Jeśli rekordowy Mercedes-Benz 300 SLR Stirlinga Mossa miał na nadwoziu wymalowany numer 722, oznacza to, że brytyjski kierowca wystartował nim z Viale Venezia w Brescii o 7:22 rano. Jeśli podczas tego samego wyścigu widz zobaczył samochód z numerem bocznym 2241 wiedział, że to wolniejszy wóz, który wystartował wiele godzin wcześniej, jeszcze przed północą dnia poprzedniego (najpierw ruszały najwolniejsze wozy, najszybsze na samym końcu). Było to bardzo dobre rozwiązanie, które pozwalało wszystkim na trasie ocenić tempo jazdy zawodnika, a zgromadzonym na mecie – błyskawicznie obliczyć uzyskany wynik.

Czy Mille Miglia zawsze miał tysiąc mil?

W ogóle sama nazwa – Wyścig Tysiąca Mil – wydaje się dziwna jak na włoskie realia i rzeczywiście nie do końca tam pasowała. We Włoszech obowiązywał w końcu system metryczny, ale gdy „czterej muszkieterowie” – założyciele wyścigu – wytyczyli trasę i zobaczyli że liczy 1600 km, szybko ustalili, że pasuje do niej w takim razie wpadająca w ucho nazwa Mille Miglia (więcej o tym jak doszło do organizacji i nazwania Mille Miglia w artykule o historii tego wyścigu). Tysiąc mil było tu bardzo umownym mianownikiem: trasa co roku się zmieniała, a dystans razem z nią, więc zawsze miała choćby parę kilometrów mniej lub więcej niż tytułowe tysiąc mil. Jedyny wyjątek stanowiła edycja w roku 1940, rozgrywana już w czasie II wojny światowej, jako propagandowy pokaz sił faszystowskich Włoch i nazistowskiej III Rzeszy. Na tę okoliczność Mille Miglia została przemianowana na Grand Prix Brescii i poprowadzona liczącym 100 kilometrów okrążeniem po północnych Włoszech, które każdy kierowca pokonywał dziewięć razy. Zwyciężył jadący BMW 328 prominent SS, Huschke von Hanstein.

Jaka była rola drugiej osoby jadącej samochodem?

Od samego początku wyścigów, zawodnikom w samochodach towarzyszyła druga osoba. Wbrew pozorom sto lat temu nie był to pilot, a mechanik. Do jego niezliczonej ilości obowiązków mogło należeć między innymi ręczne pompowanie oleju i paliwa (przez wiele lat samochody wyścigowe nie miały jeszcze własnych pomp mechanicznych), nadzorowanie wskaźników, sprawdzanie stanu opon i ich wymiana, nawet masowanie kierowcy w czasie długiej jazdy. Mechanicy towarzyszyli kierowcom wyścigowym po obu stronach Atlantyku, także na owalnych torach w USA. Z europejskich wyścigów Grand Prix zostali wycofani w roku 1924, ale tacy pasażerowie pojawiali się w startujących w Mille Miglia samochodach aż do ostatniej edycji. Pierwszym kierowcą, który wygrał Mille Miglia w pojedynkę był Alberto Ascari w roku 1954, ale już rok później do dziś niepobity rekord wyścigu ustanowił Stirling Moss jadący z Denisem Jenkinsonem. Ten brytyjski dziennikarz jadący z Mossem zrewolucjonizował zadanie drugiej osoby jadącej w wyścigu z kierowcą. „Jenks” zajmował się już nie nadzorowaniem stanu samochodu, ale dokładnie przygotowany do trasy przejazdu, informował Mossa o zagrożeniach na trasie i podawał wszelkie inne niezbędne informacje. Nowatorskie jak na tamte czasy rozwiązanie jest wykorzystywane po dziś dzień we wszelkich rajdach samochodowych.

Jak to możliwe, że kierowcy wytrzymywali taką długą jazdę bez przerwy?

Naturalnie, nie mieli wtedy pewnego znanego energetyka dodającego skrzydeł, ale nawet w tamtych czasach były pewne sposoby na uzyskanie nawet mocniejszego, energetycznego kopa. A może raczej – tylko w tamtych czasach mieli takie sposoby, bo dziś są już one surowo zakazane. Wspomniany Stirling Moss swój rekordowy przejazd zaczął od połknięcia pewnej „magicznej pigułki” o nieznanym po dziś dzień składzie, którą dał mu Juan Manuel Fangio. Wiemy jedno – naprawdę była magiczna, skoro Moss w pełnym skupieniu przejechał liczącą ponad 1600 km trasę w trochę ponad 10 godzin, a po zwycięskim powrocie wieczorem do Brescii wybrał się przez noc i kolejny dzień ze swoją dziewczyną w dalszą trasę do Kolonii, zatrzymując się na śniadanie w Monachium i obiad w Stuttgarcie... W tamtych czasach popularne wśród kierowców było zażywanie dekstroamfetaminy i benzedryny, czyli sprzedawanego wówczas w aptekach „leczniczego” środka będącego niczym innym jak czystą amfetaminą.

Czemu nie wszyscy kierowcy pojawiali się na starcie Mille Miglia?

Warto pamiętać, że w tamtych czasach już samo dostanie się na start wyścigu było wyzwaniem samym w sobie. Kierowcy przybywający z innych krajów musieli przebić się przez niedostępne Alpy, a nawet i dla Włochów dotarcie do Brescii było wyprawą w czasach, gdy między miastami prowadziły tylko szutrowe szlaki. Tylko największe gwiazdy wyścigów mogły sobie pozwolić na dojazd do Brescii pociągiem. Zapisani na liście startowej kierowcy nie startowali w Mille Miglia z najróżniejszych powodów. Najgłośniejszy z nich miał miejsce w roku 1947 i związany jest z firmą ALCA. Nikomu nieznana marka samochodów z pomocą bardzo dobrych konstruktorów zbudowała małe autko Volpe z dwusuwowym silnikiem o mocy 6 KM, który miał szansę na uzyskanie dobrych wyników w Mille Miglia w swojej klasie. Firma zgłosiła do wyścigu pięć maszyn z mocniejszą, turbodoładowaną wersją silnika i zaczęły do niej napływać zamówienia do klientów. Ludzie z ALCA nigdy jednak na starcie Mille Miglia się nie pojawili, a rozpłynęli się w powietrzu razem z 300 milionami lirów zaliczek od zawodników…

Mateusz Żuchowski

Poleć ten artykuł znajomym